Pożar odebrał serce zakładu, ale firma z Dziardonic walczy o odbudowę
W 20 kwietnia 2026 roku w Dziardonicach pod Kowalem pożar w ciągu kilku chwil zniszczył najważniejszą część firmy SMAK, a jej właściciele musieli zdecydować, czy po trzydziestu latach działalności wszystko się kończy, czy zaczyna od nowa.
Zakład, który od blisko 30 lat produkuje naturalne gryzaki dla psów i wysyła je do odbiorców w całej Europie, po utracie hali produkcyjnej stanął przed wyzwaniem odbudowy liczonej w milionach złotych. Dziś firma mówi już nie tylko o stracie, ale też o planie powrotu do normalnej pracy.
Ogień w hali i walka o uratowanie tego, co najważniejsze
Pożar wybuchł w poniedziałek, 20 kwietnia 2026 roku, chwilę po godzinie 6. Źródłem ognia była komora do suszenia, a płomienie bardzo szybko objęły część produkcyjną i magazynową hali produkcyjno-magazynowo-biurowej należącej do firmy SMAK.
W akcji gaśniczej uczestniczyły 23 zastępy Państwowej i Ochotniczej Straży Pożarnej oraz ponad 100 strażaków. Ich działania pozwoliły ocalić drugą halę produkcyjną, choć dla właścicieli i tak był to moment, w którym na ich oczach zaczął znikać dorobek budowany przez trzy pokolenia.
Tak naprawdę jeszcze podczas pożaru usiedliśmy wszyscy i powiedzieliśmy sobie jedno: próbujemy dalej. Nie poddajemy się
Adam Barański, współwłaściciel firmy
Rodzinne przedsiębiorstwo i ludzie, którzy zostali razem
Firma SMAK powstała w 1996 roku. Z czasem rozwinęła działalność tak, że dziś współpracuje z partnerami w całej Europie, a aż 95 procent produkcji trafia na eksport. Właściciele podkreślają, że historia firmy to nie tylko budynki i maszyny, ale także rodzina, odpowiedzialność i lokalna społeczność budowana przez lata.
W zakładzie pracuje około 50 osób. Wśród nich są całe rodziny, sąsiedzi i dzieci byłych pracowników. Po pożarze właściciele spotkali się z załogą i zapewnili, że nikt nie zostanie zwolniony. Część pracy organizowano rotacyjnie, a pracownicy pomagali w porządkowaniu pogorzeliska i ratowaniu tego, co udało się ocalić.
To są często całe rodziny, sąsiedzi, dzieci naszych byłych pracowników. U nas od lat budowała się pewna społeczność i czujemy za tych ludzi odpowiedzialność
Adam Barański, współwłaściciel firmy
Straty liczone w milionach i odbudowa bez publicznej zbiórki
Właściciele szacują straty na około 4-5 milionów złotych, nie licząc utraconych kontraktów, zamówień i możliwości produkcyjnych. Ich zdaniem, po uwzględnieniu tych czynników, skala problemu mogłaby sięgnąć nawet dwukrotnie wyższej wartości. Mimo to firma nie zdecydowała się na publiczną zbiórkę.
Adam Barański wyjaśnia, że rodzina uznała, iż są osoby i sytuacje, które bardziej potrzebują takiej formy wsparcia, zwłaszcza gdy chodzi o zdrowie i życie. Jednocześnie podkreśla, że przedsiębiorstwo bierze odpowiedzialność za siebie, a odbudowa jest finansowana z zabezpieczonych majątków i podjętego ryzyka. Pomoc przyszła jednak z wielu stron: od kontrahentów, znajomych, przedsiębiorców, a nawet konkurencji.
My po prostu uważamy, że są ludzie, którzy potrzebują zbiórek bardziej, np. osoby, które walczą o zdrowie i życie swoje lub swoich chorych dzieci. My musieliśmy wziąć odpowiedzialność za własną firmę. Zastawiliśmy majątki, wzięliśmy na siebie ryzyko i walczymy
Adam Barański, współwłaściciel firmy
Znana marka z regionu i nadzieja na powrót do pracy
Właściciele zwracają uwagę, że wiele osób z regionu dopiero po pożarze dowiedziało się, iż naturalne gryzaki dla psów od lat powstają lokalnie, a nie tylko trafiają na półki sklepów zoologicznych w innych częściach Europy. Z tego powodu uruchomili sklep internetowy, aby pokazać własne produkty i ułatwić ich poznanie klientom w Polsce.
Obecnie odbudowa zakładu jest zaawansowana w około 25 procentach. Jeśli prace przebiegną zgodnie z planem, pierwsze próby technologiczne w odbudowanej hali mają ruszyć jesienią. To ważny etap nie tylko dla samej firmy, ale też dla całego lokalnego otoczenia gospodarczego, bo chodzi o miejsca pracy, współpracę z kontrahentami i zachowanie marki rozwijanej przez niemal trzy dekady.
Sprawa SMAK ma znaczenie dla mieszkańców Włocławka i regionu, ponieważ pokazuje, jak silnie lokalna gospodarka opiera się na firmach rodzinnych, które przez lata budują miejsca pracy, eksport i rozpoznawalność okolicy. W takich sytuacjach konsekwencje pożaru nie dotyczą wyłącznie jednego zakładu, lecz także pracowników, ich rodzin, podwykonawców i całego otoczenia biznesowego.
Dziś wiadomo już, że historia firmy będzie miała dalszy ciąg. Odbudowa jeszcze potrwa, ale właściciele nie ukrywają, że chcą wrócić do produkcji i odzyskać to, co zostało przerwane przez ogień. Informacje przekazał DDWłocławek.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!